RSS
czwartek, 26 listopada 2009
Pożegnalny obiad w La Botte Piena

Marzyłam o niej od kolacji we wrześniu dwa lata temu,”śniłam”, że jeszcze kiedyś będę się delektować wyborem grzaneczek z pecorinem i konfiturami, grzybami i czym tam jeszcze, wspaniałym makaronem i domowym czerwonym winem. Na ostatni dzień, żeby nie popaść w melancholię wywołaną końcem wakacji, wybraliśmy się zatem do Montefollonico na obiad. I było wszystko to, co sobie wymarzyłam: czternaście rodzajów grzanek (to nie cały tutejszy asortyment, mają ich ponad dwadzieścia), domowej roboty pici z sosem pomidorowym i mięsem, spagetti z cukinią, kiełbaskami i migdałami, cudowne dojrzałe sery z konfiturą z truskawek i gruszek, przepyszne carpaccio z rukolą, domowe wino...A na deser karmelowy pudding lub czekoladowe ciepłe ciasto z lodami. Truśce się dostały sorbety w zamrożonych owocach- pycha. Na koniec słodkie musujące wino i pełnia szczęścia gotowa. A jak jeszcze kelner nas zapytał, czy przypadkiem już tu nie byliśmy, bo jemu się wydaje, że nas rozpoznaje- no po prostu żyć nie umierać. Poważnie rozważałam przykucie się tam łańcuchami na czas dłuższy.
Nawet Truszon, początkowo zmęczony i śpiący, dał się ponieść atmosferze średniowiecznego mini-miasteczka, pięknu otaczającego krajobrazu i rozkoszom stołu.
Nie udało mi się namówić chłopaków na wizytę w mojej ulubionej Pienzie, ale zawlokłam ich jeszcze przynajmniej do San Biagio- kościoła u podnóża Montepulciano, dzieła Sangalla, uważanego za jedną z najbardziej harmonijnych renesansowych budowli. Wewnątrz spojrzała na nas Madonna di Buon Viaggio- oby spoglądała tak przez całą drogę powrotną do domu.
Ach, jak ja będę tęsknić za moja ukochana Toskanią i Umbrią. Mimo, że tyle jest jeszcze miejsc do odwiedzenia, będę musiała tu wrócić- tak to jest za nałogami. Można co prawda z nimi walczyć, ale ja nie zamierzam i póki się da będę hołdować mojemu- miłości do Włoch, ze szczególnym uwzględnieniem ich środkowej części.

Szczęśliwe we wnętrzu ukochanej knajpki

Trusia i jej deser- były to sorbety podane w wydrążonych owocach, z których zostały zrobione- była limonka, truskawka, kiwi, gruszka, banan i chyba coś jeszcze, ale zapomniałam

Ja tu jeszcze wrócę- a przed powrotem sprawdzę dzień, w którym knajpka jest chiusa

A to już kościół San Biagio u stóp Montepulciano, zaprojektowany przez Sangalla, zbudowany w 1518r.

Obok niego kanonia, także projektu Sangalla

Kościół raz jeszcze

Ostatni wieczór na campingu- trochę smutno, że wakacje już się kończą

Jeszcze spotkanie z Benedettą w drodze powrotnej i niespodzianka- deszcz

No i w drogę do domu.

22:19, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Spoleto

A jednak nie odpuściliściliśmy Spoleto, pojechaliśmy tam w przedostatni dzień naszych umbryjskich wakacji. Spoleto to kolejne sztandarowe miasto w Umbrii, gdzie nie wypada nie być. Cóż, na mnie tym razem zrobiło gorsze wrażenie niż parę lat temu. Może upał i duchota oraz wisząca w powietrzu burza sprawiły, że nie zdołałam się nim w pełni podelektować. Ale obiektywnie i tu jest pięknie- nihil novi, miasto leży na wzgórzu, na którego szczycie góruje Rocca Albornoziana- niezwykle aktywny był kardynał Albornoz, żyjący w XIV wieku, we wznoszeniu obronnych twierdz- natrafiliśmy na nie niemal w każdym odwiedzonym umbryjskich mieście. Ta w Spoleto jest wyjątkowo okazała i do niedawna jeszcze mieściła więzienie o zaostrzonym rygorze. Zanim jednak dotarliśmy tak wysoko oglądnęliśmy pozostałości po rzymskim Spoletium- teatr, łuk Druzusa i rzymski dom. Co typowe dla Włochów- miasto nie jest zamknięte dla samochodów, przejeżdżają one nawet pod Arco di Druso z I w.n.e.!

Niezwykłe są też mury miejskie, ich najniższe fragmenty zbudowali jeszcze Umbrowie w VI w.p.n.e. z wielokątnych wielkich kamieni bez użycia zaprawy, wyżej kamienie są już regularnymi i wyraźnie mniejszymi sześcianami, a najwyższe partie wzniesiono z całkiem niewielkich zgrabnych cegiełek.

W Spoleto koniecznie zobaczyć trzeba katedrę z przepiękną fasadą, łączącą kilka stylów- od romańskiego do renesansu. W jej wnętrzu znajdują się freski Filippo Lippiego, Madonna z Dzieciątkiem Pinturicchia oraz freski Santoriego. W jednej z kaplic znajduje się ikona, którą w 1185 roku cesarz Barbarossa podarował miastu.

Niedaleko katedry w obrębie Museo Diocesano znajduje się drugi najważniejszy zabytek miasta- romańska bazylika świętej Eufemii- cóż, nam dotacie do tego miejsca zajęło tyle czasu (po drodze były jeszcze lody i kawa na Piazza del Mercato i liczne postoje Trusiowe w celu umycia rączek oraz krótka wizyta w kościele San Ansano, który sam może nie jest specjalnie ciekawy- wyjąwszy piękną Madonnę Lo Spagny w bocznym ołtarzu- ale posiada dużą starszą kryptę, z VI wieku, która została wybudowana na bazie wcześniejszej rzymskiej świątyni), że bazylikę ową mogliśmy pooglądać tylko z zewnątrz :( A to oznacza, że do Spoleto jeszcze wrócić musimy.

Co jeszcze w Spoleto? Oczywiście Ponte delle Torri- imponujący most z XIII wieku, wysoki na 80 metrów, długi na ponad 200, przerzucony ponad wąwozem Tessino, pomiędzy twierdzą a wzgórzem Monteluco. Widoki z mostu i na most- niezapomniane.

W mieście i okolicy jest jeszcze co najmniej kilka wartych zobaczenia kościołów- tym razem udało nam się tylko zajrzeć do San Gregorio z XI wieku. Niestety, czas nie pozwolił już na wizytę w San Salvatore- kościółku z IV wieku, który stoi sobie na cmentarzu i pomalutku się rozpada. Takie przynajmniej wrażenie zrobił on na mnie kilka lat temu. Zabytek, który powinno się niemalże przykryć szklaną kopułką, żeby go zachować dla potomności, omiatać delikatnie włosianym pędzelkiem z kurzu i obdarzać najwyższa atencją. A on samotny na obrzeżach miasta, niewielu turystów tu dociera, praktycznie bez ozdób, z rzędem korynckich kolumn w środku. Pamiętam, że zrobił na mnie naprawdę niesamowite wrażenie.

Cóż, może następnym razem...

Kośćiół San Gregorio

Warstwowe mury Spoleto

Pozostałości amfiteatru

Łuk Druzusa

Krypta pod kościołem San Ansano

Madonna Lo Spagny

Przystanek na lody i cafe freddo

Piazza del Mercato

Przystanek na chlapanie w fontannie

Jak w każdym szanującym się umbryjskim mieście czasem trzeba się powspinać po schodach w drodze na kolejny placyk

W Casa Romana

Taka sobie uliczka pod górę

Fontanna z maszkarą, czyli kolejna okazja, żeby się zamoczyć.

I wreszcie Ponte delle Torri, przezrucony nad wąwozem szerokim na 240m, wsparty na osiemdziesięciometrowych filarach

Imponujący, prawda? A jaki jest widok z samego mostu.... To trzeba samemu zobaczyć.

Na przykład można sobie popatrzeć na twierdzę kardynałą Albornoza

I znowu ulizki Spoleto, a nad uliczkami takie urokliwe "mosteczki"

Katedra Santa Maria Assunta

A Trusia bez poszanowania dla zabytków ujeżdża romańskiego lwa

Cóż, jeden z najważniejszych zabytków Spoleto, czyli kościółek Santa Eufemia z zewnątrz wrażenia nie robi. Wnętrza niestety nie poznaliśmy :(



 

21:42, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 21 października 2009
Gubbio

Jedno z miast Umbrii, które odwiedzić zdecydowanie wypada. My już w nim byliśmy parę lat temu, ale ponieważ ładne, a i skład „wycieczki” trochę inny, to wybraliśmy się raz jeszcze. Droga za Perugią zrobiła się bardziej górzysta, wjechaliśmy na szczyty i mogliśmy podziwiać wspaniałe widoki na cztery strony świata- w tej okolicy świat nie był specjalnie zaludniony. A za czas pewien ukazał nam się szczyt Monte Ingino i wspinające się po jego zboczu szaro-białe domki Gubbio. Nad wszystkim góruje kościół świętego Ubalda. Zaczęliśmy właśnie od niego, podążyliśmy więc w kierunku wjeżdżającej na szczyt kolejki linowej. Przy dolnej stacji kolejki wstąpiliśmy jeszcze do XIII-wiecznego kościoła Sant’ Agostino i obejrzeliśmy freski Ottaviano Nelli. Kolejka do San Ubaldo jest dość oryginalnym ustrojstwem, wagoniki maja postać „koszyków” i przemieszczają się w tym samym tempie wraz z liną- trzeba wskoczyć w biegu do koszyka, a potem z niego wyskoczyć. Szczęśliwie panowie z obsługi służą pomocną dłonią. Widok z góry jest wspaniały- na rozległą Wyżynę Umbryjską i dachy Gubbio. Można sobie przy okazji podziwnąć rzymski amfiteatr. Sam kościół specjalnie ciekawy nie jest, najbardziej interesujące są w nim tak zwane ceri- ogromne drewniane pale (w jednym z przewodników określono je jako świeczniki, ale nie przypominają wcale tych ostatnich). Co roku 15 maja odbywa się w Gubbio wyścig- ceri są wnoszone na noszach w Piazza Grande do kościoła San Ubaldo- zwyczaj ten liczy sobie ponoć 900 lat, niektórzy odszukują się w nim korzeni pogańskich.
My posiedzieliśmy chwilkę na dziedzińcu kościoła, a potem dłużej na tarasie jednej z knajpek, gdzie chłopaki i Trusia zajadali się pizzą.  Tarasik wydawał się wręcz przewieszony przez zbocze, drzewa, a pod nimi dachy pokryte ceramiczną dachówką – Gubbio pod naszymi stopami.
Na dół zeszliśmy piechotką, wprost do XIII-wiecznej gotyckiej katedry o pięknym łukowym sklepieniu. Obok niej znajduje się Pallazzo Ducale- renesansowy rodzynek w gotyckim mieście. Potem stromymi uliczkami dotarliśmy na Piazza Grande- główny plac miasta, przy którym stoi Pallazzo dei Consoli- pałac wzniesiony w XIV wieku, z 98-metrowa wieżą. Obecnie w pałacu znajduje się muzeum, a w nim słynne tablice gubińskie. Naprzeciwko stoi drugi, zdecydowanie mniej okazały Pallazzo Pretorio. A sam Piazza Grande wygląda jak duży taras, wyłożony czerwoną kostką w jodełkę- nic tylko postawić leżaczek, stoliczek z drinkiem i delektować się widokiem.
Stąd ruszyliśmy dalej w dół Via dei Consoli do Pallazzo Bargello, w którym w średniowieczu mieścił się komisariat policji. Przed pałacem stoi Fontanna dei Matti- fontanna szaleńców- kto okrąży ją trzy razy na pewno oszaleje (tak twierdzi jeden z przewodników, w drugim wersja jest trochę łagodniejsza- po okrążeniu fontanny spryskuje się delikwenta wodą i nadaje mu honorowy tytuł szaleńca- Trusia i chłopaki szczęśliwie już bardziej nie zgłupieli po obiegnięciu kilkukrotnym fontanny).
Po Gubbio można by się jeszcze dłużej powłóczyć, zaglądając do kościołów, tropiąc tak zwane „drzwi śmierci”- widoczne na fasadach domów wąskie zamurowane przejścia, które według legendy były używane do wynoszenia trumien ze zmarłymi z domów, a następnie zamurowywane jako naznaczone śmiercią. Można natrafić na wielką XV-wieczną beczkę, ukrytą za okratowanymi drzwiami, wstąpić do kościoła św. Franciszka z freskami Nelli na Piazza Quaranta Martiri. Gubbio jest piękne, urokliwe, nic dziwnego więc, że w każdym przewodniku polecają wizytę w tym mieście.

A na końcu, jak zwykle, fotoopowieść o Gubbio:

Kościół San Francesco na Piazza Quaranta Martiri

Widok z dołu na Pallazzo dei Consoli

Taką kolejką linową wjeżdża się do San Ubaldo

Widok z koleki na miasto jest taki

a na okoliczne góry taki

To jeszcze raz widok na Gubbio- już z tarasu widokowego przy górnej stacji kolejki

I raz jeszcze na góry- bo są naprawdę piękne i całkiem wysokie

Schody prowadzące na dziedziniec San Ubaldo

Na dziedzińcu studnia

Wnętrze kościoła- w ołtarzu szklana trumna ze zmumifikowanym ciałem świętego Ubalda

To Truśka- na dowód, że tam była ;-)

Schody raz jeszcze- tym razem z nami

Rozmyślania nad pizzowym menu

Trusia nie rozmyśla, próbuje zrobić piekło-niebo

Buziaki w drodze na dół- już nie kolejką linową, a szeroką, wijącą się ścieżką w lesie, z widokami na Gubbio

A podrodze Trusia zbierała szyszki i upychała je w dziurach oporowego murka- pewnie, żeby go umocnić ;-)

Gubbio u naszych stóp

Podziwiamy- byle nie za blizko krawędzi "wypaści"

No nareszcie jesteśmy przy bramie miasta

Dalej w dół- ulica schodząca do katedry- dla pieszych schodki, dla samochodów całkiem stromy i wyślizgany zjazd obok

Wspaniałe sklepienie katedry

A to - hmm- ulica? krużganki? takie coś po drodze?

Beczka z XV wieku- Trusia się dziwiła, dleczego ktoś zamknął ją w klatce. Uważała, że pewnie mieszka w niej jakiś dziki zwierz, na przykład tygrys.

Schodzimy coraz niżej, w kierunku Piazza Grande

Pallazzo dei Consoli z perspektywy Piazza Grande

Podcienia ze schodami przy pałacu

a my sobie przycupnęliśmy na schodach

A na przeciwko niepozorny Pallazzo Pretorio

Via dei Consoli

Zamurowane "drzwi śmierci"

i jeszcze jedne

Fontanna Szaleńców przed Pallazzo Bargello

Gubbijski "Iron House"- ze wstydem przyznać muszę, że na nowojorskim blogu zabrakło jednego wpisu i chyba przez to nie wstawiłam zdjęcia oryginalnego Domu-Żelazka. Ale ten włoski na pewno jest starszy ;-)

Jeszcze rzut oka na Pallazzo dei Consoli

I na panoramę Gubbio z drogi powrotnej.

 

 

22:32, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 października 2009
Eleganckie Spello

Spello jest cudne. Leży kilka kilometrów za Asyżem i, podobnie jak Asyż, domy w Spello zbudowane są z różowawego kamienia. Otoczone warownymi murami miasto rozpościera się na południowym stoku Monte Subasio. Założone zostało jeszcze przez Umbrów, rozkwitło pod rządami Rzymian. Po tych drugich do dziś zostały fragmenty amfiteatru, bramy miejskie- Porta Venere i Porta Consolare, Porta dell’Arce- łuk z czasów Republiki Rzymskiej, a także jeszcze kilka fragmentów murów i dawnego forum. Uliczki Spello, wąskie (jak na przyzwoite umbryjskie miasteczko przystało) pną się w górę do pozostałości Rocca Albornoz, skąd rozpościera się przepiękny widok na okolicę. Miasteczko jest czyściutkie i bardzo zadbane- na fasadach domów i przed domami stoją liczne doniczki z kwiatami, przez co spacer jest wyjątkowo przyjemny. W kościele Santa Maria Maggiore można podziwiać freski Pinturicchia i Perugina. Truśka znalazła coś dla siebie- szopkę w kościele świętego Andrzeja i drugą w San Lorenzo. Na jednym z placyków przysiedliśmy na chwilkę w kawiarni sącząc caffe fredo (Córka wolała lody) i delektując się atmosferą tego cudnego miasteczka. I jedynym minusem tej sielanki były samochody- albowiem, wbrew temu, co pisze mój przewodnik po Umbrii, centrum miasta NIE JEST zamknięte dla samochodów. Podziwiam odwagę tubylców, wciskających się swoimi pojazdami w wąskie uliczki, i zsuwających się po stromych wypolerowanych brukach. Jedna z takich zmotoryzowanych dam o mało nie przejechała mi po nodze- przytuliłyśmy się z Trusią i wózkiem do ściany domu, ale nie zdążyłam cofnąć stopy, a samochód przejechał kołem dosłownie kilka centymetrów od moich palców. Szczęśliwie ruch nie jest tu duży, znacznie gorzej było w Orvieto.
Zatem gorąco polecam Spello- naprawdę jest tu pięknie, pogodnie przez tą różowość i ogólne ukwiecenie, turystów niezbyt wielu- warto zboczyć jadąc Via Flaminia.

A teraz zapraszam na spacer po Spello:

Tu muszę przyznać mam dylemat- nie pamiętam tej Madonny. Ale z "rachunku" wynika, że albo w San Damiano albo w Spello była, a ponieważ San Damiano mi się bardziej z nią nie kojarzy, więc pewnie w Spello P. na nią natrafił. Może w katedrze Santa Maria Maggiore...

Od czasu do czasu trzeba zaprezentować Trusię w Umbrii- no i jest, przy swojej ulubionej czynności, czyli rozpuszczaniu rączek w kolejnej studzience.

Widzicie nas w lustrze?

Znów pod górkę ;-)

Takich doniczuszek było w Spello mnóstwo, przy każdych drzwiach, na parapetach. Przez to Spello jest jeszcze piękniejsze.

Taki malutki kościółek po drodze mijaliśmy- niemłody on ci był wcale...

My wspinamy się mozolnie po różowym bruku Via Tore di Belvedere, dość śliskim- a samochody od czasu do czasu nas mijają, zsuwając się raczej niż jadą w dół- doprady, podziwiam kierowców za odwagę. Ja nawet gdybym w cudym Spello miała szczęście mieszkać, samochód zostawiałabym na parkingu za murami miasta.

To Madonnachyba współczesna. ale też urokliwa. Zwłaszcza w otoczeniu tego wspaniałego bluszczu.

No wreszcie dotarłyśmy na samą górę, gdzie znajdują się pozostałości Rocca Albornoz (skąd my znamy to nazwisko;-) ) i możemy podziwiać rozległy widok na dolinę Topino, aż po Asyż i Montefalco. Pod nami (na tym zdjęciu nie widać) znajdują się zarośnięte ruiny rzymskiego amfiteatru.

Oczywiście zdążyłam już zapomnieć, pod jakim wezwaniem był ten kościółek, chyba San Severino- ale też nie był młody, XIIIw. mu przypisano chyba...

A to Porta dell'Arce- łuk z czasów rzymskich

I pomykamy w dół Via Cappuccini

Królewna Trusia i siedmiu kransnali :)

Hmm, to już chyba nie Madonna? Taki fresk napotkaliśmy po drodze na murze jednego z domów.

Po drodze minęliśmy skromny kościół św. Klary

Via Fontanello- też Via, co z tego, że złozona z samych schodków

Wystawa piekarni, ze słoneczkiem i rybkami z ciasta

Tu widać pozostałości starszej, rzymskiej budowli, wkomponowanej w nowszy budynek

Palazzo Comunale z XIIIw.

Kościół św. Andrzeja, w którym Trusia odkryła szopkę- staruszek zakonnik, uśmiechając się do Truśki i zagadując do niej po włosku, zapalił nam szopkowe światełka :)

Ulubiona czynność raz jeszcze- tym razem na placyku tuż obok niewielkiej kaplicy Tega z XVw., w której wnętrzu kryje się fresk Ukrzyżowanie pędzla Niccolo Alunno z 1461r. Na Truśkowych włoskach zatrzymał się błękitny kwiatek, który spadł sobie na Córczyne kędziorki:)

O, z tego krzaczka sobie spadł ów niebieski kwiateczek. To duże okno, to właśnie Capella Tega. A te malutkie okieneczka powyżej- czyż nie są rozkoszne?

Jedna z bram miejskich- Porta Consolare- Brama Konsulów. Brama pochodzi z Iw., została wzniesiona za czasów cesarza Augusta. Trzy posągi nad środkowym łukiem pochodzą z amfiteatru. W czasach rzymskich było to główne wejście do miasta. A my już wychodzimy, opuszczamy urokliwe Spello.

22:07, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Powrót do Asyżu na małą chwilkę- San Damiano

Tekstu wiele nie będzie, bo o San Damiano już pisałam przy okazji Asyżu. NIe udało nam się tu zajechać przy okazji pierwszej wycieczki, bo zabrakło czasu. Zajechaliśmy zatem w drodze do Spello. Krótka wizyta, półtorej godzinki może.
San Damiano, miejsce może bardziej związane ze św. Klarą niż ze św. Franciszkiem. Tu znajdował się pierwszy kalsztor klarysek, tu umarła Klara, ale tutaj też przemówił do Franciszka Chrystus z krucyfiksu, nakazując mu odbudowę Swojego domu. Mniej tu turystów, bo trzeba  albo zajechać specjalnie, albo zejść stromym chodnikiem z miasta w dół zbocza- spacer około 15 minut.
A na miejscu wita nas Klara z lampą:

Franciszek wpatruje się w dolinę u stóp miasta- pewnie widzi stąd wielgaśny kościół Santa Maria degli Angeli z kryjącą się w środku maleńką Porcjunkulą.

Jeden z Braci chyba coś sieje w ogródku:

Widok na zewnętrzny dziedziniec klasztoru

i kolejną Madonnę do kolekcji umryjskich Madonn

 

I na dziedziniec wewnętrzny

i jego studnię.

Wnętrze malutkiego kościółka San Damiano.

My już opuszczamy San Damiano, Franciszek nadal kontempluje miasto u jego stóp.

21:14, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 października 2009
Valnerina- miejsce, w którym się zakochałam

Do doliny Nery wróciliśmy raz jeszcze, z drugiej jej strony. Wybraliśmy się do Spoleto, ale ja chciałam po drodze zahaczyć jeszcze o trzy inne miejsca. Pierwsze miedzy Trevi a Spoleto- Fonti di Clitunno. Kiedyś już tędy przejeżdżaliśmy, ale z braku czasu się nie zatrzymaliśmy w tym niezwykle romantycznym zakątku. Nie jest to właściwie żaden zabytek, ale miejsce pełne uroku. Niewielkie jeziorko, do którego wpływa kilka strumyczków, a te z kolei wytryskują spod skał. W samym jeziorku tez bije chyba kilka źródełek. Z jeziorka wypływają sobie w dal dwie małe rzeczki. Woda jest zimna i krystaliczni czysta, można podziwiać pluskające wśród wodnych roślinek mniejsze i większe rybki. Po wodzie pływają kaczuszki, które raz po raz nurkują do dna po coś do schrupania- fascynująco wygląda taka kaczka płynąca pod wodą. Były też dwa łabędzie, które troszkę Trusię przestraszyły, jako że obawiała się, że zaraz na nią nasyczą. Kaczki za to obdarzyła miłością wielką, przemawiała do nich czule: „Lubię waś kaciuśki. Kłakacie siobie, loźmawiacie. Ja teź ź wami poloźmawiam. Dam wam okluśki ź ciaśtećka. Ooo, jak pięknie kaciuśka nulkuje- nie ma kaciuśki i jeśt, wypłynęła. Ja teź pięknie nulkuję na basienie.” Długie były te przemowy do kaczuszek, i fajne bardzo. Troszkę sobie pospacerowaliśmy wokół jeziorka, pogapiliśmy się na kaczki. Jedna wielka biała kaczka nawet się z nami zaprzyjaźniła i łaziła jak piesek za Piotrkiem i Ciechem prosząc o coś do jedzenia.
Fonti di Clitunno były kiedyś ponoć uzdrowiskiem, w którym starożytni rzymianie (wymieniany jest wśród nich nawet Kaligula) leczyli się z uzależnienia od alkoholu.
Kolejne przystanki były już w innej scenerii. Opuściliśmy rozległą Dolinę Umbryjską i Via Flaminia, przejechaliśmy ponad czterokilometrowym tunelem na drugą stronę gór i znaleźliśmy się w Valnerinie- dolinie rzeki Nery. Krajobraz tu zupełnie inny- dość wąska dolina, po obu jej stronach wysokie zalesione szczyty, od strony wschodniej wyłaniały się kolejne, jeszcze wyższe. Środkiem doliny płynie sobie Nera, nie taka znowu wielka rzeka, o cudownie czystej, przejrzystej wodzie. W dolinie tej znajdują się dwa opactwa, które chciałam koniecznie odwiedzić. Pierwsze to Abbazzia dei Santi Felice e Mauro- dwunastowieczny kościół z przepiękną fasadą z rozetą i prostym wnętrzem, w którym znalazłyśmy z Trusią fresk z aniołem trzymającym wagę- na jednej szali siedział mały sinoskóry i skrzywiony człowieczek- symbol złych uczynków, a na drugiej szali ludzik różowiutki i wznoszący rączki do nieba. Trusia była bardzo zainteresowana interpretacją tego obrazu, a potem długo się zastanawiała, czy więcej jest w niej złośliwego Truszona czy może grzecznej Zosieńki.
Drugie opactwo to San Pietro in Valle. Podniosło mi trochę poziom adrenaliny, jako że prowadzi do niego droga zdecydowanie jednosamochodowa, stromo wspinająca się w górę, po jednej stronie stok, po drugiej wypaść. W pewnym momencie dodatkowo kończy się asfalt i człowiek zaczyna wątpić, czy jedzie we właściwym kierunku, a tu zawrócić nie ma jak. Przewodnik tych atrakcji nie opisuje, zachwala cyprysową aleję prowadzącą do opactwa. Aleja i owszem w pewnym momencie się pojawia, jak już poziom adrenaliny staje się odpowiednio wysoki. Obecnie w dawnym klasztorze mieści się ekskluzywny hotel. Nie jest on jednak chyba specjalnie oblegany przez turystów. My napotkaliśmy tylko kilku Włochów, którzy, podobnie jak my, przyjechali  ponapawać się widokami, ciszą, zielenią wokół i cennymi zabytkami we wnętrzu kościoła. Albowiem na tym odludziu znajdują się prawdziwe perełki. Opactwo powstało w VIII wieku i jest najstarszym w Umbrii klasztorem. Założył je longobardzki książę Faroald II. W kościele podziwiać można XII-stowieczne freski, które należą do najwcześniejszych przykładów malarstwa naturalistycznego, początku niezależnej szkoły umbryjskiej. Jest tu też bardzo ciekawy ołtarz z longobardzkimi płaskorzeźbami, przypominającymi motywy sztuki celtyckiej. W kościele stoi też kilka rzymskich sarkofagów- w jednym z nich znajdują się podobno szczątki założyciela klasztoru. Przy kościele zaś znajdują się piękne dwupoziomowe XII-wieczne krużganki (obecnie część hotelowego kompleksu, Trusia z zachwytem odkryła stojące tu stoliki i uznała, że „knajpećka jeśt ładna, leśtaulaćja, moziemy obiadek źjeść”. Fakt, obiecaliśmy dzieciakom obiad w knajpie, ale ta zdecydowanie była zbyt droga- przystawki zaczynały się od kilkunastu euro. Natomiast weekend w tej scenerii byłby niewątpliwie ukojeniem dla skołatanych codziennym pośpiechem nerwów, więc jak kiedyś będę miała zbędne fundusze, to kto wie... Pięknie tu jest, cicho. zielono, pusto. Hotelowy „taras” porośnięty równiutko przystrzyżoną zieloną trawką, z szemrzącą wśród zwieszających się gałęzi jakiegoś wierzbowatego drzewa fontanną, z sadzaweczką z kolorowymi rybkami i wodnymi żółwiami- a przy sadzaweczce małe krzesełko „dla jakiegoś małego ludzia, mozie dla Tlusi”- relaks i nirwana gwarantowane. Tylko ta droga na górę i z góry- brrr. Całe szczęście, że ruch tu nieduży i nie trzeba było kombinować, jak się minąć z jadącym z przeciwnej strony samochodem. Nie wyobrażam sobie takiego manewru.
I w zasadzie na tym się nasza wyprawa do Spoleto zakończyła. Zrobiło się już zbyt późno na wizytę w tym pięknym mieście- ale ponieważ już kiedyś tu byliśmy, to żal nie był wielki. Natomiast paląca okazała się potrzeba znalezienia miejsca na obiecany obiadek. I tu zonk- mijane po drodze knajpki okazały się jeszcze zamknięte. Albowiem w Italii knajpiane życie zaczyna się wieczorem. Owszem, bywają lokale otwarte cały dzień, ale to raczej w dużych miastach i nieliczne. Większość otwiera się na chwilę koło południa, żeby umożliwić ludziom spożycie lunchu, a potem dopiero około 19- 20-tej. Uprawianie knajpianego życia ze zmęczoną juz o tej porze Trusią mocno jest zatem utrudnione. W Valnerinie nie udało nam się natrafić na czynny lokal, powróciliśmy zatem tunelem na Via Flaminia z nadzieją, że może tu szybciej coś znajdziemy. I tak jadąc sobie z powrotem w kierunku Asyżu zajechaliśmy niechcący do Trevi- kolejnego miasteczka położonego na stromym zboczu. A w Trevi na Piazza Mazzini zasiedliśmy przy stoliku La Vecchia Posta i delektowaliśmy się specjałami umbryjskiej kuchni: omletem z czarnymi truflami, gnocchi z sosem z gorgonzoli i selerem naciowym, małymi bruschettami z róznymi dodatkami, salatką z kaszy, pomidorów i rucoli, wędlinami z Norcii i karafeczką domowego wina. W drodze powrotnej mogliśmy cudowna nocną panoramę rozległej doliny, migające morze światełek u naszych stóp i na okolicznych wzgórzach oraz wschodzący pomarańczowy wąski rogalik księżyca błyskający nad górką po przeciwnej stronie- widok niezapomniany.

Jak przystało na miejsce z gatunku "ukochane" zdjęć wiele.

Na początek urokliwe Fonti di Clitunno:

A teraz przejeżdżamy tunelem przez góy, a za nimi Valnerina:

Fotki ze Scheggino, gdzie planowaliśmy obiad w Ristorante del Ponte (niestety była zamknięta- nie wiem, czy dlatego, że był poniedziałek, a w poniedziałki jest nieczynne- ale w sezonie ponoć nie?, czy dlatego tylko, że byliśmy za wcześnie- otwierają po południu dopiero o 20-tej)

A to już Trevi, czyli z powrotem Równina Umbryjska:

Tą kolację będę dobrze wspominać- nieduży plac powoli pogrążający się w wieczornym zmierzchu, kelnerka władająca tylko językiem włoskim i P. zamawiający dania po angielsku- z tego "porozumienia" wyszła karafeczka wina 0,25l, zamiast 0,75, kilka zestawów przystawek, i jakaś przeciwna ilość dań głównych. Szczęśliwie w czasie delektowania się przystawkami podszedł do nas kelner, który cokolwiek mówił po angielsku i uświadomił nas, co do złożonego zamówienia. Widząc przerażenie w naszych oczach stwierdził, że przecież "no problem, it is Italy"- nie ma sprawy, zamówienie można zmienić, jesteśmy we Włoszech. I nikt nie wydziwiał, nikt nie kręcił nosem i nie robił obrażonej miny, że to kłopot. It's Italy- no problem. I za to kocham ten kraj:)

Do Doliny Nery jeszcze kiedyś wrócę. Ale do San Pietro in Valle raczej dojdę piechotą ;-)

22:52, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 października 2009
Narni

Nie dajcie się nabrać na Narni. Nie mam pretensji do samego miasta, bo spełnia wszystkie kryteria ulubionych leży na wzgórzu, ma stare, urokliwe, średniowieczne, wąskie uliczki, można napotkać w nim zaskakujące elementy na fasadach domów (choćby małą ambonkę na głównym placu, która służyła kiedyś do wygłaszania ważnych miejskich obwieszczeń), z fragmentem rzymskiego mostu i dawną bramą także z czasów rzymskich- urokliwe miasto, po którym przyjemnie się powłóczyć, przysiąść w lodziarni na Piazza dei Priori (zwłaszcza kawowa granita z bitą śmietaną warta jest polecenia, sądzę że lody o smaku gorzkiej czekolady też są nie do pogardzenia, choć nie spróbowałam), pomoczyć ręce w XIV-wiecznej fontannie, popodziwiać przepiękną fasadę kościółka Santa Maria Impensole.
Narni leży już na południu Umbrii, w samym środku Włoch, w dolinie rzeki Nery. Z jednej strony rozciąga się z niego widok na rozległą i szeroką dolinę oraz dalekie góry- niestety w dolinie znajduje się nowsze Narni Scalo, z elektrownią i zakładami przemysłowymi, co zdecydowanie psuje efekt. Z drugiej strony- z tej, od której przyjechaliśmy, dolina zwęża się w wąwów, góry porośnięte zielonymi lasami zbliżają się do siebie, dołem płynie Nera. Na przeciwległym brzegu Nery, na zboczu Monte Santa Croce leży romański klasztor San Cassiano- dawne opactwo benedyktynów- usłyszeliśmy, że ostatni żyjący w nim mnich był Katalończykiem, a na imię ponoć miał Narcyz Casanova. Natomiast NIE WARTO przyjeżdżać tu specjalnie dla Narni Sotterranea, czyli Narni podziemnego. My czekaliśmy specjalnie do 18-tej, żeby się załapać na tą atrakcję, a okazała się kilkoma zaledwie celami w podziemiach dawnego klasztoru dominikanów, wykorzystywanymi ponoć przez inkwizycję. Ani to specjalnie stare, ani dużo tego nie jest, ani specjalnie piękne...Najciekawsza jest cela z rysunkami i napisami na ścianach, rzekomo dziełami przetrzymywanych tu więźniów. Dla naciąganej godziny zwiedzania podziemnego Narni odpuściliśmy Amelię z jej cyklopimi murami (minęliśmy ją tylko w drodze powrotnej, ale żal nie był aż tak duży, bo jakiś czas temu już tu byliśmy, tylko zapomnieliśmy, że to była właśnie Amelia) i Bazylikę Santa Maria Assunta- ponoć najpiękniejszy longobardzki kościół w Umbrii. Tego drugiego zwłaszcza bardzo żałuję :( A tak na marginesie- w przewodniu po Umbrii podano, że Narni Sotterranea można zwiedzać tylko w weekendy, w soboty od 15 do 18-tej, co nie jest prawdą, albowiem w soboty są tylko dwie godziny wejścia do podziemi Narni, 15 i 18-ta, w lecie są też wejścia w tygodniu, w niedziele jest kilka wejść do południa i po południu. Bilet jest ważny przez rok i uprawnia do zniżki dwudziestoprocentowej na bilety do podziemi Orvieto oraz cystern rzymskich w Amelii (podaję dla ewentualnych napalonych na tą atrakcję).

A teraz trochę zdjęć:

Katedra widziana od strony Piazza Garibaldi

Piazza Garibaldi

Tan pies na dachu mnie urzekł- a przy okazji widok na drugą stronę wąwozu

Taka cudna mównica na Palazzo dei Priori służyła kiedyś do ogłaszania ważnych miejskich komunikatów (pałac, a więc pewnie i mównicę, zbudowano w 1275r.)

Wejście do kościoła Santa Maria Impensole z 1303r.

Wnętrze kościółka- takie wnętrza uwielbiam

Detale z kościoła

Trusia- pogromczyni lwa ;-)

Fragmenty dawnego klasztoru dominikanów

Drzwiczki w murze- wejście do Narni Sotteranea

"Kąpiel" w fontannie- fontanna też niemłoda, także z 1303r. pochodzi

Lew z fasady Palazzo COmunale

Spacerek uliczkami mista:

Któż by nie chciał mieć takiego widoku z tarasu...

Te schodeczki na górze- czyż nie są cudne?

Wyblakłe freski w kościele św. Franciszka

A do Duomo wchodzi się z tej strony

Wnętrze katedry San Giovenale to mieszanka kilku stylów- od romańskiego po elementy baroku- główna nawa

i piękna Madonna z Aniołami na fresku

Widok na romański  klasztor San Cassiano na zboczu Monte Santa Croce.

 

 

22:17, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 września 2009
Krótki wypad do Lacjum- melancholijna Tuskania


Tuskania to kolejne „odstępstwo” od Umbrii, bo leży w Lacjum. A dlaczego Tuskania? Bo są tu dwa piękne romańskie kościoły, które chciałam pokazać mojemu Mężowi- byłam tu już raz bez niego. Tuskania to miasto dziwne, leży sobie na odludziu. Smutne trochę i melancholijne- widać, że kiedyś mieszkali tu Etruskowie. Etruskie sarkofagi poniewierają się zresztą tu i ówdzie, a na jednym z murów ktoś postawił nawet półleżące figury z etruskich grobowców. I patrzą sobie teraz na nielicznych turystów, pomalutku podlegając erozji i zniszczeniu. Taki typowo włoski stosunek do zabytków...
Romańskie kościoły we Włoszech to kolejna rzecz, którą lubią najbardziej tygrysy. Pierwsze miejsce zajmuje wśród ich Sant Antimo,które w tym roku muszę sobie darować. Na pocieszenie była Tuskania i kościół Santa Maria Maggiore oraz San Pietro. Oba położone za miastem, ten drugi z zewnątrz wyglądający jak warowny zamek, stojący na wzgórzu w otoczeniu resztek fortyfikacji pałacu biskupiego. I tu nie brak Etrusków- w fasadę wmurowano fragmenty pochodzące z etruskiej świątyni, fragmenty etruskich sarkofagów poniewierają się nieopodal, stoją też w jednej z naw kościoła.
Wracając z Tuskanii Via Cassia przez Montefiascone natrafiliśmy na mały bonusik- kolejną romańską świątynię -XII-wieczny kościół San Flaviano, niezwykły, dwupoziomowy.

Pierwszy z romańskich kościołów- Santa Maria Maggiore

Fasada kościoła

i wnętrze- w zasadzie w środku zdjęć robić nie wolno, nawet bez lampy, ale udało nam się na chwilkę zmylić czujność pilnującej pani...

San Pietro:

Trawiasty dziedziniec przed kościołem, fragment dawnego zamku biskupiego

Fasada kościoła San Pietro z przepiękną rozetą i etruskimi płaskorzeźbami

Krypta poniżej poziomu kościoła- takie krypty z wieloma kolumienkami to też ulubione miejsca "tygrysów"

Ponieważ tygrysy lubią krypty, to jeszcze jedno zdjątko wstawiają ;-)

Wnętrze kościoła (też po zmyleniu czujności pilnującej pani)

Te dziwne łuki zwą się podobno "dentati" czyli "uzębione"

Fragmenty fresków

A to my piknikujące na trawie- bo taka ta trawa zielona i miękka, wokół cisza, turystów niewielu- aż się prosi, żeby chwilkę sobie posiedzieć i się pogapić

My piknikujemy, a tymczasem P. podziwiał panoramę miasta na przeciwległym wzgórzu i leżący niżej kościół Santa Maria Maggiore (jego fasadę zasłania przysadzista wieża)

A z innej strony pagórki i ani żywego ducha

a my się przytulamy i fajnie nam jest

Widok na kościół św. Piotra sprzed bramy miejskiej Tuskanii- czyż nie wygląda jak warownia?

A teraz spacer po mieście:

Etruskie posągi spoczywające na murze

Taka była sobie brama z uliczką - żeby nikt się w nią nie zapuścił wisiał na niej znak zakazu wjazdu- w przypadku Włochów słuszne założenie, bo oni są w stanie wszędzie spróbować wjechać. Ja bym nie próbowała, dlatego mnie ten zakaz rozbawił.

Główny plac miejski z fontanną

i kranikiem ku uciesze Trusi

A przy placu taki oto uroczy różowy domek

Raz jeszcze kościół San Pietro widziany z miasta

I główny kościół w miasteczku- nazwy jednak nie pomnę, nie był zresztą specjalnie ciekawy. Za to obok niego była sobie niedyuża knajpeczka, w której serwowano przepyszne mrożone jogurty z dodatkami i miksowane na poczekaniu koktajle mleczno-owocowe- pycha. A, były jeszcze naleśniki, ale tych nie spróbowałam :(

I kolejne miejsce, w którym z murów spoglądają na nas smutni etruskowie

A teraz już napotkany przypadkowo dwupoziomowy kościól San Flaviano na przedmieściach Montefiascone

Dolny kościół z freskami z XIV i XV wieku- znajduje się tu grób biskupa Giovanni Fuggera, który wsławił się spopularyzowaniem wina Est!Est!Est! i zmarł ponoć po jego przedawkowaniu. Spróbowałam i się nie zachwyciłam.

Widok na ołtarz dolnego kościoła z kościoła górnego.

A na koniec widok na całą budowlę.

22:22, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 września 2009
Asyż

Jest piękny. I mimo całej reklamy, mimo stad turystów, mimo że to sztandarowe miasto w Umbrii, które każdy odwiedzić musi, czy wierzący czy nie, to ma niesamowitą atmosferę, nie ocieka od dewocjonaliów, nie szpecą go natrętne kramiki z kiczowatymi dewocjonaliami. Jest cudny, kremowo-różowy (taki akurat kamień mieli na podorędziu budowniczowie miasta), położony na zboczu Monte Subasio. Zaczęliśmy nietypowo, bo nie od Bazyliki św. Franciszka, tylko od Eremo delle Carceri, leżącego powyżej miasta. Trzeba ominąć Asyż, wspiąć się na stoki Monte Subasio i nie zrażać się brakiem wskazówek, które najpierw są, a potem czlowiek jedzie i jedzie serpentynami, a Eremo jak nie ma tak nie ma.. I już zaczyna się tracić nadzieję, już się zastanawia człek, jakby tu zawrócić, gdy nagle dociera się do sporego widokowego parkingu. Ale i tu Eremu jakby brak. Wieć myśl kolejna- zawracamy, bo szeroko i da się to zobić, czy jeszcze spróbujemy podjechać wyżej. A wyżej, za zakrętem, wyłania się brama do pustelni. W tym miejscu święty Franciszek przemawiał ponoć do ptaków, tu on i jego towarzysze oddawali się medytacji i modlitwie, z dala od zgiełku miasta. Niewielki klasztor zbudowano dużo później, w XV wieku, z inicjatywy św. Bernarda.
Warto było się tu „wdrapać” serpentynami- turystów niewielu, zielone dęby i sosny, cisza, zapierające dech w piersiach widoki. Można wraz z figurami Franciszka i dwóch towarzyszy pokontemplować niebo i zachwycić się pięknem świata.
A jak się już skończymy zachwycać można powrócić do Asyżu. Warto zaparkować po przeciwnej stronie miasta niż Bazylika św. Franciszka- tym razem tak właśnie zrobiliśmy (bo w Asyżu juz kiedyś byliśmy). Przez Porta Nuova weszliśmy do miasta, odwiedziliśmy Bazylikę św. Klary- o skromnym wnętrzu, w którym znajduje się słynny krzyż z San Damiano- ten, z którego Jezus powołał Franciszka. Potem spacerkiem przeszliśmy wzdłuż przez miasto, zaglądając do kilku kościołiw, podziwając domy i pałace na Piazza dell Comune. I na koniec Bazylika- z dołu wydaje się monumentalna z powodu wspierających ją łuków. Przewodniki zgodnie piszą, że nie jest utrzymana w duchu franciszkańskim, bo za strojna, za bogata...Ja jej tak nie odbieram. Nie kapie od złota i ozdób, zdobią ją tylko freski- w górnym kościele autorstwa Giotta, stanowiące swoisty komiks o życiu świętego Franciszka. Zachwyciły nawet Trusię, która kilka razy wracała pod ten z kazaniem do ptaków i wygłaszała głośny komentarz „Ptaśki psileciały i usiadły. Nie śpiewały, nie machały śksidełkami, nie latały. Śłuchały jak Flancisiek opowiadał. Flancisiek cio juź nie zije, bo umalł. Nikt tak długo nie zije.”

Dolny kościół jest dla mnie trochę bardziej skomplikowany, miałam problem ze zlokalizowaniem głównego ołtarza i rozpoznaniem opisanych w przewodniku malowideł. Wydaje mi się nawet, że coś w tym przewodniku pokręcono. Ale czy to najważniejsze, żeby odnaleźć wszystko, co przewodnik poleca do zobaczenia. Ważne jest wrażenie ogólne.

Zeszliśmy też do krypty mieszczącej grób Świętego o jego towarzyszy, a Trusia zostawiła w niej dwie ofiarne świece- stwierdziła, że jedna świeczka jest od Trusi, a druga od Buni (no w końcu Bunia wybrała sobie imię Franciszek na bierzmowaniu, stoczyła nawet o to „walkę” ze swoim księdzem-katechetą, który twierdził, że powinna wybrać sobie żeńskiego patrona)..

Na Asyż warto sobie zarezerwować więcej czasu, żeby ponapawać się miastem i jego atmosferą. Nam tego czasu trochę zabrakło, musieliśmy już wracać do samochodu, bo koniecznie chciałam złożyć tu jeszcze jedną wizytę- w Porcjunkuli. U podnóża Asyżu, w miejscowości Santa Maria degli Angeli stoi wielki i brzydki kościół pod tymże wezwaniem, zbudowany w XVI/XVIIw. z fasadą z wieku XX-go. Monumentalny i nieciekawy kryje w sobie skarb- malutka kapliczkę, która stoi sobie w samym jego centrum. A jak się wejdzie do tej kapliczki, to zapomina się o paskudnej budowli, która go otacza. Czas staje w miejscu, codzienność gdzieś znika. Można stać (albo klęczeć), a modlitwa przychodzi sama. Mały kościółek, w którym święty Franciszek założył swój zakon, przy którym mieszkał, modlił się i w którym zmarł w 1226 roku.

Jeszcze kiedyś wrócę do Asyżu- jeśli będę w pobliżu, to pewnie niejeden raz- bo to jedno z tych miejsc, które nigdy mi się nie znudzą.

Do Asyżu wpadliśmy raz jeszcze parę dni później z krótką wizytą w San Damiano- pierwszym klasztorze sióstr klarysek. Mniej tu ludzi niż w mieście, ciszej i skromniej. Truszonek odnalazł figurę swojego ulubionego Świętego „od ptaśków i wilków”, tym razem siedzącą po turecku na trawie w oliwnym gaiku i wpatrzonego w dolinę pod Asyżem. Po południu tego samego dnia Truśka w rozmowie ze Starszym Bratem z przejęciem opowiadała: „Widziałam Flanciśka. On nie chciał pieniąźków ani jedzionka duzio, ani ublanek nie chciał. On lubił ptaśki i wlki, opowiadał im. I miał koleziankę, na imię miała Klala.” Z wielkim przejęciem słuchała też historii o tym, jak Jezus nakazał z krzyża Franciszkowi pójść i naprawić Jego dom. Oglądała niedużą rzeźbę przedstawiającą tą chwilę i potem pierwszych braci odbudowujących symboliczny Kościół. Nie mogła tylko pojąć, kto tenże dom zepsuł. Podejrzewała nawet, że to może „Flanciśkowa kolezianka Klala ziepsiuła”.

W Eremie

Tak wygląda Eremo delle Carceri- niewielki klasztor otoczony zielonym lasem, daleko od miasta, dość wysoko na zboczu Monte Subasio.

Brama wejściowa do klasztoru

A zaraz za bramą Franciszek i ptaszki (ptaszków nie widać na zdjęciu, ale siedzą mu na ramionach)

Wejście na teren właściwego klasztoru

Klasztorny dziedziniec

Wąskie schodki prowadzące do celi św. Franciszka

Mostek nad wąwozem

Widok na klasztor z drugiej strony wąwozu

Franciszek wraz z towarzyszami kontemplują niebo

Trusia przy kamiennym ołtarzu św. Franciszka

Takie piękne lasy wokół

W Asyżu:

Twierdza widziana z uliczek Asyżu

Pod Bazyliką św. Klary

A tam u góry Duomo

Piękna rozeta w fasadzie Bazyliki św. Klary

I cała fasada

Asyż widziany z placu-tarasu przed bazyliką św.Klary

Jedna z miejskich bram

Główny plac w mieście, ta budowla z kolumnami to Tempio Minerva- obecnie kościół, kiedyś fragment rzymskiej świątyni

Chiesa Nuova- kościół zbudowany w 1615r. w miejscu, gdzie stał dom rodzinny św. Franciszka

Fontanna na Piazza del Comune

W drodze do Bazyliki św. Franciszka:

I już jest- Bazylika- kościół górny, ten, w którym znajdują się freski Giotta.

Nasza Turystka wraz z Bratem i Kuzynem

Krużganki Bazyliki

Asyż widziany z drogi powrotnej- Bazylika św. Franciszka to ten kościół po lewej

Trusia spaceruje wzdłuż fontanny przy kościele Santa Maria degli Angeli.
Porcjunkuli fotografować nie wolno, fresków w Bazylice ani grobu świętego Franciszka też. Musicie sami pojechać i zobaczyć. Warto:)




 

22:54, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 września 2009
Trochę Toskanii

Lago Trasimeno ma niewątpliwie jedną zaletę- stanowi doskonałą bazę wypadową do mnóstwa znanych i pięknych miejsc. Bo niedaleko stąd i do głównych zabytków Umbrii i do Toskanii, można też wybrać się do Lacjum, a nawet Rzym (dla zawziętych) leży w zasięgu możliwości. Ja do Rzymu wybierać się nie zamierzałam, bo jeden dzień w tym mieście, to jakby liznąć czekoladkę, ale jej całej nie dostać. W Rzymie spędziłam kiedyś z rodzicami dwa czy trzy tygodnie, byliśmy  tam cztery lata temu. Kocham Rzym i na pewno jeszcze do niego zawitam. Jednak nie tym razem. Ale Toskanii mojej ukochanej sobie nie odmówię- wiem, nie jestem specjalnie oryginalna w tym swoim uwielbieniu, wielu przede mną i wraz ze mną ją wielbi, ale to tylko świadczy o tym, że wielbić jest co. Zawitaliśmy zatem do Montepulciano- bo blisko i bo lubię. Była to już kolejna nasza wizyta w tym mieście, czwarta chyba. A Trusiowa druga- pierwszy raz przybyła tu dwa lata temu, z Bunią i Tysią. Tym razem Panienka początkowo się zawzięła, żeby nam popsuć przyjemność, marudziła, jęczała, zawodziła i nic się jej nie podobało. Troszkę zaczęliśmy wychodzić z siebie. Szczęśliwie w drugiej połowie spacerowania po mieście humor jej się poprawił. A w Montepulciano- coż, znów to, co tygrysom do szczęścia potrzeba: miasto na wzgórzu, wąskie uliczki wspinające się do głównego placu- Piazza Grande, mijane po drodze pałace, kościółki kryjące we wnętrzu przepiękne Madonny na freskach, liczne sklepiki i winiarnie, ze słynnym miejscowym Vin Nobile i wędlinami z dzika. Nic, tylko spacerować i się napawać. Ale tygrysom przyjemności jeszcze było mało, zatem po spacerze po Montepulciano pojechały posmakować jeszcze jednej "czekoladki"- Montefollonico. Montefollonico- miasteczko średniowieczne, na wzgórzu (a jakże), miniaturowe, cudne. Byłam tu już czwarty raz- trzy razy dwa lata temu, kiedy to, zachęceni przez autorów "Subiektywnego przewodnika po Toskanii" zapragnęliśmy zjeść w La Botte Piena. Przyjechaliśmy więc po raz pierwszy przy okazji wizyty w Pienzie i Montepulciano, głodni i bardzo napaleni na tutejsze specjały. I zastaliśmy zamknięte drzwi. Albowiem autorzy wspomnianego Przewodnika zapomnieli w nim napisać, że knajpka jest zamknięta we środy, a w pozostałe dni czynna jest w godzinach 12-14.30 i potem od 19.30. A my właśnie po raz pierwszy przybyliśmy tam we środę. Zawiedzeni musieliśmy się obejść smakiem, ale wytrwale spróbowaliśmy w dzień inny niż środa. Niestety, okazało się, że za drugim razem nie było wolnego stolika (bo lokalik duży nie jest, a z jakiegoś powodu nie działały wtedy stoliki na zewnątrz). Byliśmy jednak zawzięci, zarezerwowaliśmy sobie stolik na kolejny dzień- zawzięcie było tym większe, że dwa lata temu mieszkaliśmy na campingu odległym od Montefollonico o ponad 70km. Ale trud się opłacił, jedzenie było przepyszne. Tak więc i w tym roku zamarzyła mi się kolacja w La Botte Piena, a skoro już byliśmy tak blisko... Tylko, że i tym razem była to środa, a ja zapomniałam sobie w swoim egzemplarzu Przewodnika Subiektywnego zapisać tą ważną informację, że restauracja we środy nie działa- cóż, powiadają, że nie popełnia się dwa razy tych samych błędów... Do Montefollonico warto jednak przyjechać dla niego samego. Bo mieścinka jest cudna, taka właśnie smakowita czekoladka. Jadąc z Montepulciano widzi się ją na przewciwległym wzgórzu, ale potem gdzieś znika i wydaje się, że wcale jej nie ma. Skręca się z drogi do Torrita di Siena w prawo i przez czas jakiś nie ma nic tylko las. Po okrążeniu wzgórza wyłaniają się pierwsze domki, a po chwili obronne mury właściwego miasteczka. Jak poprzednimi razy zaparkowaliśmy przy głównej bramie- bardzo jest ona piękna, potrójna.  Przez bramę przechodzi się do innego świata. My przeszliśmy się główną ulicą w kierunku kościoła. Był wieczór, słońce zachodziło, wokół cisza i to wieczorne ciepłe światło. Domeczki w miniaturce, jak dla krasnali, czarny kocur wylegujący się na kościelnych bocznych schodach, zapalające się powoli uliczne latarnie... Atmosfera zupełnie nierealna, magiczna- gdyby nie świadomość, że moja Dwuipółlatka powinna niebawem znaleźć się w łóżku z butelką kaszki, posiedziałabym tu dłużej... A na wzgórzu naprzeciwko- Montepulciano, najpierw skąpane jeszcze w zachodzącym słońcu, potem błyskając światełkami. Jeśli ktoś zabłądzi w te okolice, to zachęcam do wizyty nie tylko w Montepulciano i Pienzie (która jest cudna i pachnie pecorinem), ale też do wieczornego spacerku po Montefollonico. A jeśli akurat będzie to środa i zastaniecie zamknięte drzwi La Botte Piena, to może warto wypróbować inny lokal- restaurację zaraz po lewej stronie za bramą miejską- zauważyłam na drzwiach wejściowych, że wyróżniono ją w tegorocznej edycji Michelina.

Montepulciano

Na schodach Sant' Agostino przy Corso, niedaleko za Porta al Prato na północnym skraju miasta. Trusia trochę nieszczęśliwa- jakoś nie bardzo się jej w Montepulciano począkowo podobało.

Dlaczego to zdjęcie? Cóż, ten sklep zapamiętałam z wizyty w Montepulciano przed dwoma laty- weszłyśmy tam z siedmiomiesięczną Trusią i podziwałyśmy batiki- bo to sklep z ciuchami malowanymi batikiem.

Madonna Signorellego z kościoła Santa Lucia

Chyba wieża ratusza- od "zaplecza"

Wnętrze Duomo

Taką płaskorzeżbę znalazłam w katedrze na jednej z kolum- te maluchy uwieszone na sukniach swoich mam- wciąż aktualne.

Katedra z zewnątrz-  autorstwa Sangalla, głównego architekta miasta-niezbyt imponująca, bo niedokończona.

I raz jeszcze- tym razem z wieżą.

Fontanna, a raczej studnia, z lwem i gryfem, obok Palazzo Tarugi z loggią na jednym z narożników.

Gotycki Palazzo Comunale- ratusz z XIII wieku.

I uliczki- strome, niełatwo poruszać się po nich z dziecięcym wózkiem.

Truśka z pizzą- humor już zdecydowanie lepszy.

Średniowieczny dom z wieżą zegarową i statuą clowna na szczycie

Fasada Palazzo Bucelli przy Corso z rzymskimi i etruskimi płaskorzeźbami.

Lwia głowa na fasadzie Palazzo Avignonesi- Trusia udawała, że bardzo się jej boi.

Sekretne przejście w murze koło Porta al Prato.

Montefollonico

La Botte Piena- tego dnia niestety zamknięta :(

Montefollonico w rzeczywistości jest dużo piękniejsze. I o zmierzchu prezentuje się najpiękniej. Zaglądnijcie, jeśli będziecie w pobliżu.

(Zdjęcia z wnętrz kościołów są nieostre, bo nie używaliśmy lampy błyskowej, żeby nie szkodzić freskom. Za złą jakośc przepraszam.)

 

 

22:07, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2