Do doliny Nery wróciliśmy raz jeszcze, z drugiej jej strony. Wybraliśmy się do Spoleto, ale ja chciałam po drodze zahaczyć jeszcze o trzy inne miejsca. Pierwsze miedzy Trevi a Spoleto- Fonti di Clitunno. Kiedyś już tędy przejeżdżaliśmy, ale z braku czasu się nie zatrzymaliśmy w tym niezwykle romantycznym zakątku. Nie jest to właściwie żaden zabytek, ale miejsce pełne uroku. Niewielkie jeziorko, do którego wpływa kilka strumyczków, a te z kolei wytryskują spod skał. W samym jeziorku tez bije chyba kilka źródełek. Z jeziorka wypływają sobie w dal dwie małe rzeczki. Woda jest zimna i krystaliczni czysta, można podziwiać pluskające wśród wodnych roślinek mniejsze i większe rybki. Po wodzie pływają kaczuszki, które raz po raz nurkują do dna po coś do schrupania- fascynująco wygląda taka kaczka płynąca pod wodą. Były też dwa łabędzie, które troszkę Trusię przestraszyły, jako że obawiała się, że zaraz na nią nasyczą. Kaczki za to obdarzyła miłością wielką, przemawiała do nich czule: „Lubię waś kaciuśki. Kłakacie siobie, loźmawiacie. Ja teź ź wami poloźmawiam. Dam wam okluśki ź ciaśtećka. Ooo, jak pięknie kaciuśka nulkuje- nie ma kaciuśki i jeśt, wypłynęła. Ja teź pięknie nulkuję na basienie.” Długie były te przemowy do kaczuszek, i fajne bardzo. Troszkę sobie pospacerowaliśmy wokół jeziorka, pogapiliśmy się na kaczki. Jedna wielka biała kaczka nawet się z nami zaprzyjaźniła i łaziła jak piesek za Piotrkiem i Ciechem prosząc o coś do jedzenia.
Fonti di Clitunno były kiedyś ponoć uzdrowiskiem, w którym starożytni rzymianie (wymieniany jest wśród nich nawet Kaligula) leczyli się z uzależnienia od alkoholu.
Kolejne przystanki były już w innej scenerii. Opuściliśmy rozległą Dolinę Umbryjską i Via Flaminia, przejechaliśmy ponad czterokilometrowym tunelem na drugą stronę gór i znaleźliśmy się w Valnerinie- dolinie rzeki Nery. Krajobraz tu zupełnie inny- dość wąska dolina, po obu jej stronach wysokie zalesione szczyty, od strony wschodniej wyłaniały się kolejne, jeszcze wyższe. Środkiem doliny płynie sobie Nera, nie taka znowu wielka rzeka, o cudownie czystej, przejrzystej wodzie. W dolinie tej znajdują się dwa opactwa, które chciałam koniecznie odwiedzić. Pierwsze to Abbazzia dei Santi Felice e Mauro- dwunastowieczny kościół z przepiękną fasadą z rozetą i prostym wnętrzem, w którym znalazłyśmy z Trusią fresk z aniołem trzymającym wagę- na jednej szali siedział mały sinoskóry i skrzywiony człowieczek- symbol złych uczynków, a na drugiej szali ludzik różowiutki i wznoszący rączki do nieba. Trusia była bardzo zainteresowana interpretacją tego obrazu, a potem długo się zastanawiała, czy więcej jest w niej złośliwego Truszona czy może grzecznej Zosieńki.
Drugie opactwo to San Pietro in Valle. Podniosło mi trochę poziom adrenaliny, jako że prowadzi do niego droga zdecydowanie jednosamochodowa, stromo wspinająca się w górę, po jednej stronie stok, po drugiej wypaść. W pewnym momencie dodatkowo kończy się asfalt i człowiek zaczyna wątpić, czy jedzie we właściwym kierunku, a tu zawrócić nie ma jak. Przewodnik tych atrakcji nie opisuje, zachwala cyprysową aleję prowadzącą do opactwa. Aleja i owszem w pewnym momencie się pojawia, jak już poziom adrenaliny staje się odpowiednio wysoki. Obecnie w dawnym klasztorze mieści się ekskluzywny hotel. Nie jest on jednak chyba specjalnie oblegany przez turystów. My napotkaliśmy tylko kilku Włochów, którzy, podobnie jak my, przyjechali ponapawać się widokami, ciszą, zielenią wokół i cennymi zabytkami we wnętrzu kościoła. Albowiem na tym odludziu znajdują się prawdziwe perełki. Opactwo powstało w VIII wieku i jest najstarszym w Umbrii klasztorem. Założył je longobardzki książę Faroald II. W kościele podziwiać można XII-stowieczne freski, które należą do najwcześniejszych przykładów malarstwa naturalistycznego, początku niezależnej szkoły umbryjskiej. Jest tu też bardzo ciekawy ołtarz z longobardzkimi płaskorzeźbami, przypominającymi motywy sztuki celtyckiej. W kościele stoi też kilka rzymskich sarkofagów- w jednym z nich znajdują się podobno szczątki założyciela klasztoru. Przy kościele zaś znajdują się piękne dwupoziomowe XII-wieczne krużganki (obecnie część hotelowego kompleksu, Trusia z zachwytem odkryła stojące tu stoliki i uznała, że „knajpećka jeśt ładna, leśtaulaćja, moziemy obiadek źjeść”. Fakt, obiecaliśmy dzieciakom obiad w knajpie, ale ta zdecydowanie była zbyt droga- przystawki zaczynały się od kilkunastu euro. Natomiast weekend w tej scenerii byłby niewątpliwie ukojeniem dla skołatanych codziennym pośpiechem nerwów, więc jak kiedyś będę miała zbędne fundusze, to kto wie... Pięknie tu jest, cicho. zielono, pusto. Hotelowy „taras” porośnięty równiutko przystrzyżoną zieloną trawką, z szemrzącą wśród zwieszających się gałęzi jakiegoś wierzbowatego drzewa fontanną, z sadzaweczką z kolorowymi rybkami i wodnymi żółwiami- a przy sadzaweczce małe krzesełko „dla jakiegoś małego ludzia, mozie dla Tlusi”- relaks i nirwana gwarantowane. Tylko ta droga na górę i z góry- brrr. Całe szczęście, że ruch tu nieduży i nie trzeba było kombinować, jak się minąć z jadącym z przeciwnej strony samochodem. Nie wyobrażam sobie takiego manewru.
I w zasadzie na tym się nasza wyprawa do Spoleto zakończyła. Zrobiło się już zbyt późno na wizytę w tym pięknym mieście- ale ponieważ już kiedyś tu byliśmy, to żal nie był wielki. Natomiast paląca okazała się potrzeba znalezienia miejsca na obiecany obiadek. I tu zonk- mijane po drodze knajpki okazały się jeszcze zamknięte. Albowiem w Italii knajpiane życie zaczyna się wieczorem. Owszem, bywają lokale otwarte cały dzień, ale to raczej w dużych miastach i nieliczne. Większość otwiera się na chwilę koło południa, żeby umożliwić ludziom spożycie lunchu, a potem dopiero około 19- 20-tej. Uprawianie knajpianego życia ze zmęczoną juz o tej porze Trusią mocno jest zatem utrudnione. W Valnerinie nie udało nam się natrafić na czynny lokal, powróciliśmy zatem tunelem na Via Flaminia z nadzieją, że może tu szybciej coś znajdziemy. I tak jadąc sobie z powrotem w kierunku Asyżu zajechaliśmy niechcący do Trevi- kolejnego miasteczka położonego na stromym zboczu. A w Trevi na Piazza Mazzini zasiedliśmy przy stoliku La Vecchia Posta i delektowaliśmy się specjałami umbryjskiej kuchni: omletem z czarnymi truflami, gnocchi z sosem z gorgonzoli i selerem naciowym, małymi bruschettami z róznymi dodatkami, salatką z kaszy, pomidorów i rucoli, wędlinami z Norcii i karafeczką domowego wina. W drodze powrotnej mogliśmy cudowna nocną panoramę rozległej doliny, migające morze światełek u naszych stóp i na okolicznych wzgórzach oraz wschodzący pomarańczowy wąski rogalik księżyca błyskający nad górką po przeciwnej stronie- widok niezapomniany.
Jak przystało na miejsce z gatunku "ukochane" zdjęć wiele.
Na początek urokliwe Fonti di Clitunno:






A teraz przejeżdżamy tunelem przez góy, a za nimi Valnerina:



































Fotki ze Scheggino, gdzie planowaliśmy obiad w Ristorante del Ponte (niestety była zamknięta- nie wiem, czy dlatego, że był poniedziałek, a w poniedziałki jest nieczynne- ale w sezonie ponoć nie?, czy dlatego tylko, że byliśmy za wcześnie- otwierają po południu dopiero o 20-tej)


A to już Trevi, czyli z powrotem Równina Umbryjska:






Tą kolację będę dobrze wspominać- nieduży plac powoli pogrążający się w wieczornym zmierzchu, kelnerka władająca tylko językiem włoskim i P. zamawiający dania po angielsku- z tego "porozumienia" wyszła karafeczka wina 0,25l, zamiast 0,75, kilka zestawów przystawek, i jakaś przeciwna ilość dań głównych. Szczęśliwie w czasie delektowania się przystawkami podszedł do nas kelner, który cokolwiek mówił po angielsku i uświadomił nas, co do złożonego zamówienia. Widząc przerażenie w naszych oczach stwierdził, że przecież "no problem, it is Italy"- nie ma sprawy, zamówienie można zmienić, jesteśmy we Włoszech. I nikt nie wydziwiał, nikt nie kręcił nosem i nie robił obrażonej miny, że to kłopot. It's Italy- no problem. I za to kocham ten kraj:)


Do Doliny Nery jeszcze kiedyś wrócę. Ale do San Pietro in Valle raczej dojdę piechotą ;-)
hihi, dogadałabyś się Dorotko z moim mężem :-)